Absolwenci

Absolwenci

Listę znanych osób, absolwentów szkół waldorfskich na świecie znajdziecie tutaj: www.diewaldorfs.waldorf.net/list.html

Dystans i bliskość
Na kogo właściwie wyrastają absolwenci szkół waldorfskich?
Studium 3 generacji dostarcza zróżnicowany obraz

Choć w Niemczech istnieje ponad 200 szkół waldorfskich, prawie nie badano sukcesów i porażek metody Steinera. Dirk Randoll, socjolog prywatnej szkoły wyższej w Alfter wraz z kolegą po fachu Heinerem Barzem z Uniwersytetu Duesseldorfskiego, poprosił byłych uczniów waldorfskich minionych 50 lat o sporządzenie bilansu. Ponad tysiąc absolwentów w trzech grupach wiekowych zostało przepytanych pisemnie, z dwoma tuzinami przeprowadzono wywiady, a z sześcioma grupami długie dyskusje.
SZ: Mówi się, że z uczniów waldorfskich biorą się kreatywni i zaangażowani społecznie ludzie. Co wyrosło z absolwentów minionych 50 lat – artyści i pracownicy społeczni?
Randoll: Nie. Pośród byłych uczniów waldorfskich jest nieprzeciętnie wielu nauczycieli i nauczycielek, ale są także inżynierowie, lekarze i aptekarze. Artystami zostało pięć procent uczniów waldorfskich – to i tak pięć razy tyle co średnia populacji, gdzie artystą zostaje co setny. W zawodach społecznych liczba absolwentów waldorfskich leży pośrodku.
SZ: A jak wielu uczniów zdobywa zawód związany z antropozofią?
Randoll: Prawie nikt. Zaledwie 2,4 procent poświęca się eurytmii albo nauczaniu w szkole waldorfskiej. Najczęściej stanowisko byłych uczniów w kwestii antropozofii jest niezdefiniowane, sceptyczne, albo nawet negatywne.
SZ: Czy to znaczy, że w ogóle nie chcieliby chodzić do szkoły waldorfskiej?
Randoll: Nie. Nauka Rudolfa Steinera najczęściej nie odgrywa już w domu rodzinnym prawie żadnej roli. Tylko niewielu rodziców podaje antropozofię jako motyw wyboru szkoły. Najczęściej podawane powody to zarówno powody natury pedagogicznej, jak i niezadowolenie z państwowego systemu szkolnictwa. Także byli uczniowie zeznają, że nic nie było tak nieinteresujące, jak „przymusowa eurytmia”. Chwalono za to otwartość wobec różnych religii i duchowości. I co drugi były uczeń, nie będąc antropozofem, posłał swoje dzieci do szkół waldorfskich.
SZ: Od czasu badań z Pizy społeczeństwo toczy dyskusje, czy alternatywne metody nauczania prowadzą do lepszych wyników. A co mówią absolwenci?
Randoll: To jest bardzo różnie. Większość jest przekonana, że szkoła dała im kreatywność, pewność siebie, kompetencje społeczne i umiejętności rozwiązywania konfliktów. Z drugiej strony wielu mówi, że nauczyliby się lepiej nauk przyrodniczych i języków obcych, gdyby ich bardziej do tego zmotywowano. „Chociaż uczyłem się 13 lat angielskiego i francuskiego, prawie nie umiem mówić” - słyszeliśmy dość często. Wielu byłych uczniów waldorfskich narzekało też na brakującą informację o swoich osiągnięciach. Kwestia, jak efektywnie bez ocen oceniać uczniów, jest do nadrobienia.
SZ: Czy antyautorytarne formy obchodzenia się z uczniami oceniane są pozytywnie?
Randoll: Z dwoma ograniczeniami. Po pierwsze dziewczynki najwyraźniej radzą sobie z pedagogiką waldorfską lepiej niż chłopcy. Byli uczniowie płci męskiej twierdzą z reguły, że brakowało im możliwości do wyartykułowania swojej „męskiej części”: cielesne przymiarki (potyczki) z rówieśnikami, wentyl dla agresji. Po drugie zarówno ludzie wkraczający w świat zawodowy, jak i uczniowie zmieniający szkołę (z waldorfskiej na inną – przyp.tłum) odczuwają przejście ze świata waldorfskiego do innego jako bardzo bolesne. To dotyczy uczniów zmieniających szkoły, ale przede wszystkim podejmujących pracę zawodową. Pierwsze lata w społeczeństwie karierowiczów kosztują wiele siły. Ale koniec końców radzą sobie w większości bardzo dobrze.
SZ: Z jakimi wynikami startują w życie absolwenci szkół waldorfskich, które są przecież szkołami o uprawnieniach szkół publicznych?
Randoll: Dwóch na trzech zdaje maturę – to dużo. Choć trzeba dodać, że uczniowie waldorfscy pochodzą z domów ponadprzeciętnie świadomych w kwestii edukacji.
I: 38 procent byłych uczniów brało korepetycje. Tym akurat nie ma się co chwalić szkoła, której jednym z założeń jest wspieranie każdego ucznia.
SZ: Pan również ma dwoje dzieci w szkole waldorfskiej. Jakie wnioski płyną z omawianego opracowania dla Pana jako ojca?
Randoll: Posłałbym je znowu do tej szkoły, oczekuję jednak, że szkoły waldorfskie będą się rozwijać. Powinny po pierwsze bardziej odnosić się do wymogów społecznych. Po drugie zmienić plan nauczania języków obcych i nauk przyrodniczych, a także zadbać o lepsze kwalifikacje nauczycieli.
Źródło: Süddeutsche Zeitung

Zadowoleni uczniowie szkół waldorfskich
Uczniowie waldorfscy częściej niż średnia zdają maturę, częściej niż średnia zdobywają wyższe wykształcenie, są zadowoleni ze swojej pracy zawodowej i rzadko są bezrobotni. Pochodzą najczęściej z domów społecznie i finansowo lepiej sytuowanych z wysokim udziałem wykształcenia akademickiego. Znacząca część rodziców dzieci ze szkół waldorfskich (prawie jedna piąta) to nauczyciele, aczkolwiek w szkołach publicznych. Te i inne interesujące wyniki dała pierwsza naukowa ankieta przeprowadzona systematycznie wśród byłych uczniów szkół waldorfskich, która ukazała się ostatnio w wydawnictwie VS-Verlag Wiesbaden. Opracowanie sporządzili pedagog profesor Heiner Barz (Uniwersytet w Duesseldorfie) i profesor Dirk Randoll (Alanus Hochschule).
Oprócz innych niespodzianek badanie wykazało, że tylko minimalna część byłych uczniów waldorfskich zdobywa zawód związany z antropozofią (2,4 procent), lub interesuje się antropozofią (7,2 procent) – rezultat, który odbierze rację bytu zarzutom formułowanym przez krytyków, że celem szkół waldorfskich jest indoktrynacja antropozoficzna. Zadowolenie byłych uczniów przeważa nad zgłaszanymi deficytami (np. matematyka, języki obce): 47 procent absolwentów, którzy mają dzieci, zapisało swoje dzieci do szkół waldorfskich.
O wynikach badań można poczytać w aktualnym wydaniu czasopisam info 3 – antropozofia w dialogu, lub bezpośrednio w prawie 400-stronicowym opracowaniu.
Źródło: www.waldorfschule.info/de